Albania jest krajem w którym oprócz niezliczonej ilości bunkrów

jest również niezliczona ilość myjni samochodowych i golibrodów, są po prostu wszędzie.

Ma to oczywiście związek z samymi Albanami, każdy szanujący się obywatel Albanii płci męskiej, ma zarost, przyciemniane okulary na pół twarzy no i oczywiście ”wózek” z przyciemnianymi szybami, ale nie jakieś byle co, to musi być Audi A8, BMW minimum X5, albo jakiś wypasiony ”merol”, obowiązkowa jest również torebka męska na pasku noszona przeważnie na piersi, nie wiem co oni tam noszą, chyba pomarańczkę i zdjęcie dziewczyny, w każdym razie szczególnie wśród młodych mężczyzn takowy atrybut jest wszechobecny.

Po dwukrotnej wizycie u fryzjera w ciągu dnia, umyciu samochodu, po zachodzie słońca, Albańczycy udają się na przejażdżkę po centrum obowiązkowo rozmawiając przez komórkę lub pisząc sms-y. Największe korki w albańskich miastach są po zmierzchu, to niekończący się sznur fur które bezustannie trąbią.

Z Tirany udałem się do Durres, dawnej stolicy Albanii. Durres leży jakieś 50 km od Tirany nad Adriatykiem. Podróżowanie komunikacją autobusowa jest dosyć specyficzne, po prostu nie ma rozkładów jazdy, najlepiej przyjechać na dworzec jak najwcześniej, znaleźć swój autobus, co raczej nie jest takie trudne bo naganiacze wykrzykują nazwy miast docelowych, jak już znajdziemy nasz autobus to pozostaje cierpliwie czekać aż się uzbiera wystarczająca ilość pasażerów, jak już jest komplet to można wyruszać.

W Tiranie pożegnał nas ”kaczorek” kierujący ruchem

a w Durres powitało morze i hordy krajan.