przewracałem się
z boku na bok , ekspres myśli pędził przez głowę a polska kaszanka też dawała o
sobie znać. Zacząłem mieć wątpliwości czy ta cala wspinaczka ma sens ? , po co
tam włazić ? . W biurze turystycznym zapytałem czy da się wejść i zejść w ciągu jednego dnia
?, pani popatrzyła na mnie i z opóźnionym zapłonem odpowiedziała ze chyba powinienem
dać radę , super dzienkx !!!:)

4 rano – wstaję, za oknem ciemno,
gałęzie krzewów walą w szybę okna, mam wrażenie że chcą ją rozwalić i wtargnąć do środka, i to wycie
wiatru jak łkanie kojota na pustkowiu, po co mi to ?

Przytłoczyła mnie fala osamotnienia. Tak! Człowiek rodzi się
sam (chodzi o stan emocjonalny), żyje sam i sam umiera! Nie można temu
zaprzeczać., Ta myśl jest w pełni prawdziwa, lecz nie zawsze trzeba ją
kojarzyć z negatywnym spojrzeniem na świat. Na pewno byłoby lepiej i bezpieczniej przeżyć
tę eskapadę z kimś, ale co nas nie złamie to nas wzmocni.

I na
takich przemyśleniach szybciutko zleciał mi czas do 6-ej , zaczęło świtać ,
czas ruszyć cztery litery . Le Bloc 1380 m n.p.m. – to miejsce w którym rozpoczyna się szlak prowadzący
na Piton des Neiges, biało- czerwony szlak, taki polski akcencik który dodał mi
otuchy.

Pierwszy
etap wspinaczki to wejście po prawie pionowej ścianie do schroniska Coteau
Kerveguen ca 2500 m n.p.m. . Z każdym krokiem
coraz bardziej bylem zadowolony z tego że nie zrezygnowałem , utwierdzały mnie w tym coraz
piękniejsze widoki. Poniżej miasto Cilaos widziane z wysokości 2000 m

Po drodze poznałem dziadka
i wnuczka , dla 71 letniego Paula to już któraś z kolei wyprawa , dla jego 16-o
letniego wnuka to pierwszy raz , czasem szliśmy razem, czasami oni mnie
wyprzedzili czasami ja ich. Bylem pełen podziwu dla Paula , zasuwał jak by miał motorek w d… , jeszcze dźwigał plecak dwa razy większy od mojego ,co za gość.

Po
trzech godzinkach czas na regenerację , krótka przerwa w schronisku i dalej w drogę.

Ścieżka i okoliczności przyrody diametralnie
inne , nie ma krzewów czy drzewek tylko kamenie, skala i jakaś karłowata roślinność
,

nachylenie tez o wiele mniejsze , pogoda
zmienia się co chwilę , albo świeci słońce i jest super widoczność a za chwilę mgła a właściwie chmury, widoczność
zerowa i żeglowanie w mleku.


Podmuchy
wiatru są coraz silniejsze i chłodniejsze, powietrze robi się rzadsze, wydajność
organizmu spada a oddechy głębsze , a to tylko trochę ponad 2500 metrów. W końcu
docieram do lekko pochylonego płaskowyżu, jeszcze paręset metrów i będę na
szczycie , sceneria jak z innej planety
albo księżyca.

Piton
des Neiges zdobyty , może to nie najtrudniejszy szlak , ale dla mnie to K2, super
uczucie ze sam dałem radę ,

widoki zapierają dech i nie czuje zmęczenia , pól
godziny po mnie docierją Paul i Timothy, Paul opowiada genezę powstania góry,
jest to stary wulkan tarczowy, zamieszczam flagę zrobioną z okładki zeszytu i
staczam się.

Zejście
okazało się o wiele bardziej , wyczerpujące i niebezpieczne niż wejście. Po
godzinie takiego, można powiedzieć zeskakiwania zaczynam odczuwać ból więzadła pobocznego piszczelowego prawego kolana. Zrobiłem sobie przerwę i po raz kolejny podczas
takiego postoju pojawił się ptaszek , nie wiem co to za ptak , za każdym razem siadał
bardzo blisko , widać ze nie boi się ludzi , tak jak by czekał ze się z nim podzielę
posiłkiem.

Może ktoś
rozpozna co to za ptak ?

Dokuśtykałem
do schroniska , ból narastał a zostało jeszcze 1000 m w dół, . To był koszmar ,
jeszcze po równym dało się jako tako iść , tylko ze tu cały czas w dół, a
stopnie od pół do metra. Ból łączył się ze strachem ze nie zdążę dojść do
parkingu przed zachodem , to był wyścig z
czasem , na szlaku ani żywego ani martwego ducha , komórka nie działa , no dupa
, wk… się na siebie bo mogłem kupić latarkę u Chińczyka, a teraz co ? ,będę musiał
czekać do rana d… mi wymrozi , no i
bardzo dobrze.

Zaczęło
szarzeć , kontury się zacierały i zlewały w jedna masę, panika !!! przyspieszyłem
, czym więcej strachu , tym więcej adrenaliny i mniej bólu , organizm ludzki
jest wspaniały , blokada i jak by mi nic nie było, taki sprint ostatkiem sil , jak
już zapadł zmrok to byłem w miejscu skąd widać było światła przejeżdżających samochodów.
Po 12 godzinach doczłapałem do początku mojej podróży. Byłem szczęśliwy , ale czekał
mnie jeszcze koszmar jazdy nocą serpentynami górskimi, po trzech godzinach byłem
w hotelu.

Rano obudziłem
się w brudnym i przepoconym ubraniu którym zdobywałem szczyt, do tego z potwornym bólem prawego kolana które
było dwa razy większe od swojego lewego sąsiada, i wspominając z uśmiechem cala przygodę , pomyślałem – Piton
des Neiges zaorany😊

a poniżej link do zdjęć

http://zdjecia.podrozemaleiduze.eu/#collection/118

i do relacji filmowej

https://youtu.be/Ut1Y95iyeqk